Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rosengarten

niedziela, 29 sierpnia 2010 12:03

 

Ucząc się do egzaminów z niemieckiego wyczytałam o niezwykłej atrakcji turystycznej w Dolomitach - paśmie Rosengarten znanym z purpurowych skał przy zachodzącym słońcu.

 

Dolomity. Jadąc autostradą przez Tyrol - na wysokości Bolzano - można zobaczyć w oddali „kominowe góry". Wyglądają jak pazury, albo zęby w grzebieniu. Kto nie widział (tak jak ja) przeżyje ten widok mocno. Zielone wzgórza z lasami i łąkami z których wyrastają - przy zachodzącym słońcu - różowo-czerwone pionowe ściany.







  


Lipcowy wieczór, 5 stopni plus (!) - owinięci kocami staliśmy na łące pod Rosengarten czekając na zachód słońca. „Niemożliwe, że to prawdziwe..." patrzyłam na pasące się konie.






Zza gór wyszedł księżyc w pełni. Skały Rosengarten powoli zaczęły czerwienieć. Niestety nie był to dzień najlepszych widoków - naprawdę czerwonych ścian Rosengarten nie udało nam się zobaczyć.

 

Rosengarten poza rajem dla wspinaczy i słynnych „Via ferrata", czyli w pełni ubezpieczonych szlaków poprowadzonych po szczytach gór, jest także centrum narciarskim. Widok latem stoków narciarskich - boli. Poszarpana ziemia, na której z trudem próbuje odrosnąć coś zielonego. Bezskutecznie. Roślinność w wyższych partiach Dolomitów znacznie bardziej urozmaicona niż w Alpach bawarskich na tej samej wysokości. Więcej słońca i łagodniejszy klimat.












Po prostu Italia... Swoja drogą co to za pomysł z nazwą „Włochy"?! Może nie tak źle, bo po węgiersku Włochy to Olaszország... Hitem jest dla mnie jednak po czesku Austria - „Rakousko"!!!

 

 

Dużym zgrzytem w Rosengarten jest także zaplecze turystyczne - na wysokości ok. 2000 m. n.p.m. znajduje się ogromne trawiaste wypłaszczenie otoczone szczytami, które zostało wykorzystane do ustawienia kilku restauracji z muzyką i dość pokaźnym placem zabaw dla dzieci. Może lepiej w takim miejscu wykorzystać do zabawy z dziećmi naturalne otoczenie czyli las, skały i wodę, niż stawiać kolejny Lunapark?

 




W Rosengarten możliwe jest przy niewielkim wysiłku dotrzeć w miejsca o spektakularnych widokach i dużej bliskości bardzo wysokich gór.

 

 


  



A nam udało się nawet zobaczyć prawdziwą Panią-świstakową!

Byliśmy cały czas pod jej stałą kontrolą, ale pozwoliła nam podejść do siebie bardzo blisko. To było naprawdę duże przeżycie. Trochę się z niej naśmiewaliśmy jak pokracznie siedzi i, że pewno mieszka na niej tysiące pcheł, ale z tych zdjęć jesteśmy bardzo dumni.





komentarze (0) | dodaj komentarz

Włoska motoryzacja

wtorek, 27 lipca 2010 23:07


Czasami ten blog powstaje w gdzieś w internecie między Stuttgartem a Garmisch...


Roman!! proszę o jakieś konkrety, żeby ten wpis miał jakiś sens.

Pozdrawiam
Kozia papa








2 CV Charleston, widziany w porcie Numana. Co prawda nie włoski, lecz francuski, ale kultowy jak pesto.




 "Piecsetka" w oryginale, zadziwiająco podobna do aktualnego produktu z Bielska-Białej. Istniała również wersja kombi (!).




Triumph Spitfire, czyli typowy angielski cabriolet - stylowo zaparkowany nad Lago di Garda


 



Autobianchi 112, protoplasta produkowanego też w Polsce genialnego Fiata 127 (pamiętacie?) Autobianchi przestaje istnieć w roku 1982. Ten egzemplarz nie ma ani grama rdzy... mimo, że to prawie Fiat.



Kaczka w wersji kwadratowej, czyli Citröen Dyane 4. Nigdy nie stał się tak popularny jak 2CV. 




Piaggio - przewidziany na dwóch pasażerów, ale już jeden szczelnie wypełnia szoferkę.

komentarze (1) | dodaj komentarz

Leżak nr 253

środa, 21 lipca 2010 23:01


Pamiętam jak 5 lat temu szukałam pomysłu na wakacje w Turcji. Poszłam do najbliższego biura podróży. Zapytana jakiego miejsca szukam odpowiedziałam, że nie znoszę dużych obiektów hotelowych, mieszkania w wieżowcu przy plaży i stołówki na 300 osób. Nie oszczędzam, ale celowo nie szukam luksusu.

 

Pani długo przeglądała oferty i w pewnej chwili krzyknęła „Mam!". Pokazała mi zdjęcie czegoś architektonicznie koszmarnego i z rozmarzeniem zaczęła opowiadać o dostępnych tam atrakcjach m.in. golf, bilard, siłownia, sauna, kawiarnia, każdy pokój ma aneks kuchenny, internet ..., a w oknach są verticale!

 

W tym momencie stanowczo powiedziałam „Nie!". „Żeby mieć verticale nie muszę jechać do Turcji, mam je na co dzień w pracy" pomyślałam. Pani była niepocieszona, widać było, że szuka oferty dla siebie, a nie dla mnie. Na koniec z ubolewaniem popatrzyła na mnie i zagadała „A co, takie miejsca Panią przytłaczają?". Odpowiedziałam „Tak". Wiedziałam, że nie mamy o czym rozmawiać.

 

Pomyślałam sobie „A wiesz Ty kobieto jak pachną połoniny w Bieszczadach i jaka dobra jest herbata z sokiem malinowym w schronisku... Szukam zapachu Turcji, a nie miejsca na plaży z leżakiem nr 253". 

 


Przed wyjazdem w tym roku na urlop, po 5 latach od historii z Panią, która lubi verticale, powstał ten sam problem. Moje upodobania nie zmieniły się - nadal nie lubię wczasów „all inclusive" i numerowanych miejsc na plaży. Chciałabym doczekać czasów kiedy przywraca się naturze jej prawa, burząc hotele na plażach i nie chcę być tolerancyjna wobec tego rodzaju agresywnej turystyki. Karaoke na plaży i numerowana parasolka nie pozwala nam - innym turystom  - znaleźć paru metrów spokoju dla siebie.

 

W Google-earth znaleźliśmy informację, żeby dojechać do nieprzemysłowej włoskiej plaży trzeba pokonać ok. 400 km. (!) wschodniego wybrzeża kierując się na południe. Przejechaliśmy, a tam czekała nas prawdziwa niespodzianka.

 

Parco del Conero - ekologiczno-przyrodniczy park regionalny o pow. 6.000 ha położony na wybrzeżu Adriatyku na południe od popularnego ośrodka turystycznego Ankona. Park mieści się na wzniesieniach na wysokości ok. 600 m. n.p.m. Obejmuje kilkanaście tras przyrodniczo-turystycznych o zróżnicowanym stopniu trudności (nawet trasy ubezpieczone, o dużej ekspozycji) oraz ciekawostki archeologiczno-historyczne.


  


Miejsce widokowo nie do opisania - zielone zbocza górskie, które schodzą do morza, skały o przeróżnej struktury i kolorach. Do plaż trzeba schodzić krętymi, stromymi ścieżkami ok. 1-2 kilometrów. Plaże są jak najpiękniejsze mozaiki łazienkowe (a może te mozaiki są jak plaże?) z różowymi skałami, kwarcem, kamieniami jak wzorcowe kamienie do puszczania kaczek, muszlami, ostrygami przyczepionymi do skał, z kremowymi skałami wychodzącymi z turkusowej wody. 



Niestety pobyt w lipcu oznacza nieznośne upały. Wychodziliśmy na świat wieczorami, co nie sprzyjało robieniu zdjęć.


Warto więc szukać, bo są jeszcze w przyrodzie nienumerowane miejsca do wypoczynku. 



PS. W nastepnym odcinku trochę włoskiej motoryzacji.

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Święte miejsca

sobota, 17 lipca 2010 22:18

 

Sezon urlopowy to najazd w rejony turystyczne pseudo turystów. Czuję fizyczny ból jak widzę i słyszę ludzi (zwykle niestety mężczyzn) jadących na ryczących kładach, wyjących motocyklach ścinających zakręty, albo zapakowanych w agresywne samochody terenowe. Czuję się niebezpiecznie jadąc razem z nimi w kierunku Garmisch tę samą drogą B-2 z widokiem na Zugspitze. Ale czy oni widzą Zugspitze...

 

Ostatnio byliśmy w austriackiej dolinie Eng, dziewiczym rejonie pasma Karwendel. Już kiedyś pisałam o tym miejscu - tam przede wszystkim są góry, rosną klony i pasą się krowy. Czlowiek jest dodatkiem do przyrody, ale niestety nie każdy. Niektórzy mają potrzebę oznajmienia swojego istnienia. Za wszelką cenę.

 

Ostatni weekend. Godzina 6.30. Kompletna cisza - gigantyczne góry, strumyk, który powstał z topniejącego śniegu, gdzieś powoli budzą się krowy, dzwoniąc w mgle i zabierając się do porannej trawy na śniadanie. My w naszym rdzewiejącym Kleksie (bo kolor ciemno granatowy) przekręcamy się na drugi bok. Pewno większość z nas śpiących tej nocy w samochodach w Eng właśnie przekręcała się na drugi bok. My wszyscy byliśmy poprzedniego dnia bardzo cicho patrząc na zachodzące słońce. Zasłużyliśmy sobie swoją pokorą, ciszą na bycie w tym miejscu. O Eng mówi się, że to serce pasma Karwendel. Ja w tej ciszy czuję się jak w świątyni, wielkim kościele gdzie stoi się sam na sam z Panem Bogiem.


 


Tą poranną ciszę nagle przerwało nam wszystkim dwóch niewyżytych motocyklistów. Postawili nas na baczność i niestety - mimo piękna wokoło - ten dzień nie zaczął się miło. No właśnie i co dalej? Złapaliśmy ich przy śniadaniu - dwa rosłe 40-letnie „byczki" z tępym wzrokiem słuchające o co nam właściwie chodzi. Krótka rozmowa bez wzajemnego zrozumienia „Mam w du... to co mówicie" powiedział do nas jeden z nich ostentacyjnie wydmuchując dym z papierosa w naszym kierunku. Drugi glupio zapytał „A co może jesteście właścicielami Alp, że tak dbacie o wszystko?"

 

Jesteśmy.


  


PS. 1.  A teraz zupełnie oficjalnie - Firma DerWanderWeg odmawia organizacji pobytów dla tzw. grup zmotoryzowanych (samochody, kłady, motocykle) wykorzystujących alpejskie drogi dla celów rozrywkowych a nie komunikacyjnych.

  

PS. 2. Niestety miejscowe władze sprzyjają temu kierunkowi turystyki:

  • co roku latem organizowane są w Garmisch-Partenkirchen dni BMW, na które zjeżdżają się tysiące motocyklistów.
  • w zeszłym roku w naszej wsi specjalnie dla motocyklistów została otwarta - dostępna wyłącznie dla pieszych - droga widokowa poprowadzona wśród łąk i pastwisk. Miejscowy proboszcz poświęcił przybyłych na tą okoliczność motocyklistów i ich pojazdy.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Sezon ogórkowy

piątek, 09 lipca 2010 22:29

Sezon ogórkowy w pełni - byliśmy w Warszawie na Wolumenie i kupiliśmy ogórki, koper i czosnek. Kiszą się i pachną w całym domu. Do tego paczka bobu. Wszystko przyleciało z nami w walizce samolotem. Jak mi tu brakuje polskich warzywniaków...


Ostatnie tygodnie kułam do egzaminów z niemieckiego, dlatego blog taki zaniedbany. Od przyszłego tygodnia wracam do życia i pisania. Uzbierało sie trochę materiału.

Dziś na zachętę - Włoskie klimaty






Niestety we Wloszech napadły mnie jakieś parzące rośliny i dokuczała nieumiejętność pływania. I to w takiej wodzie! Zgroza! 

komentarze (1) | dodaj komentarz

I znowu Wenecja...

poniedziałek, 21 czerwca 2010 23:06


Dziś wracam do tematu Wenecji. O tym mieście nie zapomina się, za tym miastem tęskni się, myśli się, jak tam teraz jest... Dlaczego właściwie?



 

Prosta odpowiedź - tam nie ma supermarketów, nie ma samochodów. Tam człowiek spotyka drugiego człowieka. Tam widzi się życie naprawdę.

 

Przeszliśmy trasami turystycznymi, od zabytku do zabytku. Później weszliśmy w uliczki, podwórka, patrzyliśmy jak ludzie wracają z zakupów, jak płyną łodzie w pocztą...





...i firmą remontową, gdzie i jak bawią się dzieci, jak „fukcjonują" psy. To zupełnie inny świat złożony ze schodków, kanałów i przede wszystkim... ludzi. Tam nie trzeba, ale można spotkać drugiego człowieka, tam jest zgiełk ludzki, nie zagłuszony cywilizacją. Tam można zatracić sie w odgłosach wody, ludzi i turystyki. Można godzinami podglądać życie - nie turystów z aparatami, ale psa, który nie ma trawnika, dziecka, które nie ma McDonalda. W Wenecji nie ma Obi, Auchan, Ikea, stacji BP albo Orlen, supermarketu Aldi, Rewe czy innego Lidl.

 

Nasza koleżanka Kasia-Zibuś po obejrzeniu zdjęć napisała „Nie ma dnia, żebym nie myślała o Wenecji".


Piękny temat to gondole i gonolierzy - romantycznie, zalotnie i jakoś tak nietypowo jechać tzn. płynać np. do pracy gondolą.





Woda jest wszechobecna, czasami nawet przeszkadza w przejściu na wprost. Kanały w Wenecji nie mają barierek, co dla wielu osób może stanowić poważny problem w sprawnym poruszaniu się. Wielokrotnie złapałam się na tym, żeby pójść na skróty :-)


To miasto to różne profesje, języki, kolory skóry. No właśnie kolory skóry. Wenecja „zalana" jest przez azjatów. Obsługa restauracji, skelepów to w większości bardzo mili, skośnoocy młodzi ludzie. Ktoś nam powiedział, że Wenecję zalewa woda i Chińczycy. Nie jest to miłe.


Trafiliśmy w Wenecji na deszczowy dzień. Okazuje się, że turyści to naiwni konsumenci. Zaczęło padać i nagle na uliach pojawili się ciemnoskórzy sprzedawcy oferujący tanie, kolorowe parasole. Nagle ulice zapełniły się ludźmi z kolorowymi, połamanami parasolami. Po deszczu uliczne kosze pełne były parasoli.


Mimo wszystko za Wenecją tęskni się. Jedziemy tam jutro. Chcemy podejrzeć dzień w Wenecji o 8 rano.


  


W związku z tym ogłaszam przerwę techniczą w pisaniu bloga do 02 lipca.

 

Ciao Kozencja

komentarze (0) | dodaj komentarz

Obrazy namalowane przez Isarę

poniedziałek, 14 czerwca 2010 21:29


Po ostatniej dużej wodzie w Krun rzeka Isara zmieniła swój bieg i namalowała prawdziwe "dzieła sztuki".

Poparzcie sami -
Obrazy Isary

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bongiorno Venezia!

czwartek, 20 maja 2010 23:07


Rowery na dachu i 430 km z Krün samochodem. Po 5 godzinach jesteśmy na miejscu.

 

Wenecja, Venedig. Venezia...

 

Zanim rozpiszę sie o atmosferze tego niezwykłego miejsca, trochę porad turystycznych.

Wersja zostawienia samochodu na lądzie i dojechania rowerem 2-3 km drogą do Wenecji odpadła. Droga okazała się ruchliwą i hałaśliwą wielokierunkową arterią z wydzielonym pasem rowerowym.

 

Przy wjeździe do Wenecji trzeba wybrać jeden z kilku wielopoziomowych parkingów. Opłata za dzień wynosi 24 Euro, nie ma opłat godzinowych. Zaskakujące jest rozwiązanie na prywatnym parkingu - trzeba zostawić kluczyki w stacyjce :), żeby pracownicy parkingu mogli dowolnie przestawiać samochody i optymalnie wykorzystać miejsca parkingowe.

 

Po Wenecji nie da się jeździć rowerem! To miasto schodków i wąskich uliczek.




Wenecja niestety nie jest przystosowana dla osób niepełnosprawnych. Schodki nie mają żadnych podjazdów. Osoby z małymi dziećmi w wózkach też będą mieć problem z przemieszczaniam się. Przyjechanie z psem do Wenecji to też nie najlepszy pomysł. Brak trwaników i otwarty dostęp do kanałów powoduje u miejskich psów duży niepokój.



 

Do zwiedzania Wenecji konieczne są super wygodne buty - po tym mieście przede wszystkim chodzi się.

 

W następnym odcinku spróbuję opisać atmosferę Wenecji. Nie wiem czy mi się to uda, tam po prostu trzeba pojechać...




komentarze (0) | dodaj komentarz

Narazie...

niedziela, 16 maja 2010 23:05


...muszę się pozbierać. Byliśmy w Wenecji, och!




komentarze (0) | dodaj komentarz

Tury - narciarska arystokracja

piątek, 30 kwietnia 2010 22:17
   

Myślę, że ostatnie tygodnie z islandzkim wulkanem Eyjafjallajokull w roli głównej nauczyły nas trochę pokory. Okazuje się, że jednak nie zawsze i nie nad wszystkim mamy kontrolę. Może to dobrze...

 

Pokorę poczułam wobec otaczającej mnie przyrody idąc na nartach pod górę. To nie ja byłam „górą" wjeżdżając na nią wyciągiem, ale to ta góra „zmuszała" mnie do dostosowania się do niej.

 

Ostatni weekend marca. Zugspitze. Ciężka, mglista pogoda z chwilami słońca. „Pan Krzesełkowy" - widząc jak przyklejamy „foki" - zapytał po co to robimy. „Żeby uciec trochę od ludzi" powiedział Roman. „Żeby się bez sensu męczyć" pomyślałam patrząc z zazdrością na jadących wyciągiem do góry. Nie byłam przekonana.

 

Przez pierwsze metry myślałam, że oszaleję - mgła, trasa pod górę, na nogach narty i plecy lekko poruszającego się Romana. Zawsze jak czuję zmęczenie zaczynam w myślach nerwowo liczyć kroki. Nie wiem po co.

Raz, dwa, trzy, cztery... nie mogę...
Pięć, sześć, siedem, osiem - chcę na wyciąg!
Dziewięć, dziesięć - nie lubię tego!
Jedenaście, dwanaście - może zjemy już kanapki?
Trzynaście - nie?! to napijmy się herbaty!

Ufff..... Chwila przerwy i znowu parę kroków pod górę. Kilka kroków i znowu pauza. Już nie proszę się o herbatę, przystaję wtedy kiedy czuję, jak serce stoi w poprzek. W pewnej chwili spojrzałam w dół z niedowierzaniem - „Tyle weszłam?!". „Dam radę!" - wreszcie poczułam zadowolenia.



Chodziliśmy ok. 2 godzin w niedalekich odległościach od stoków. Zawsze więc była możliwość wcześniejszej „ewakuacji". Tego co zobaczyłam nie da się opisać - dziewicze miejsca bez śladu i odgłosu człowieka, wielka, bezkresna przyroda, narty tury i ja. Gdzieś daleko z przodu „lekki" Roman z prowiantem.

 

Piękny, łagodny sport w zgodzie z naturą. Dla początkujących ważne, żeby była ładna pogoda - rekomensuje to morderczy wysiłek.




Narty tury-tortury, spróbujcie - gorąco polecam!

Koza

komentarze (0) | dodaj komentarz

 123456789  »

Licznik odwiedzin:  34 206

O nas

Kozia i Roman – znamy się od ogólniaka, mieszkamy w Alpach i tu rozwijamy swoje pasje. Tak powstalo DerWanderWeg...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Goście

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 17.06.2010 16:53:32
  • autor: Sylwia P
  • treść: Jeszcze mam w oczach...